Saturday, 6 May 2017

Helena Bobińska: „Lipniacy“ - recenzja książki.


„Lipniacy“ Heleny Bobińskiej to kolejna książka, którą odkryłam, przeszukując domową biblioteczkę. Nigdy wcześniej nie próbowałam jej czytać, być może dlatego, że pozbawiona była okładki. Wiedziona chęcią przeczytania czegoś lekkiego i krótkiego, w końcu jednak zdecydowałam się po nią sięgnąć.


Akcja powieści toczy się w czasach rozbiorów Polski, choć trudno określić, w którym konkretnie roku. Grupa dzieci przebywających na wakacjach postanawia urozmaicić sobie czas wolny budową domków z darni i gałęzi. Początkowo prosta idea zbudowania maleńkiej wioski, Lipinek, przeradza się wkrótce w skomplikowany plan - prymitywne konstrukcje zostają zastąpione złożonymi budowlami, a niewinna zabawa zamienia się w kolektywną pracę na rzecz nowo powstającej Rzeczpospolitej Lipińskiej. Dzieci coraz bardziej angażują się w budowę własnego „kraju“ - poza nazwą wymyślają projekt sztandaru, organizują wybory oraz tworzą niewielką armię do obrony państewka przed ewentualnymi „wrogami“.


Historia jak historia, prawda? A jednak nie do końca. Otóż książeczka jest przesycona... socjalistyczną propagandą. Takie wrażenie miałam już od pierwszych stron, choć upewniłam się dopiero, gdy w Rzeczpospolitej Lipińskiej pojawił się sztandar. Czerwony, z białym gołąbkiem bez korony. Przypadek? Nie, biorąc również pod uwagę typowe slogany socjalizmu, pojawiające się w historii przez niemal cały czas. Praca zespołowa, wyższość kolektywu nad jednostką, wolność, równość i braterstwo - to główne terminy przyświecające dziecięcej idei. Przyznaję, że chwilami chciało mi się śmiać, ponieważ autorka nawet nie próbowała ukryć swoich intencji. Szczególnie rzucało się to w oczy podczas - w zamyśle bardzo patetycznego - opisu wspólnego śpiewania zabronionych ówcześnie pieśni, sławiących bohaterstwo robotników w walce z zaborcą.


Miała to być opowieść dzieci dla dzieci, rozwijająca w nich miłość do socjalizmu, idei komunistycznych, a także przygotowująca do dalszego, szczęśliwego życia w kolektywie. Odnoszę jednak wrażenie, że nie do końca się to udało, ponieważ maluchy czytające tę książeczkę, nawet w tamtych czasach po prostu nie zwracały uwagi na takie niuanse jak kolor sztandaru, brak korony na godle RL czy rzeczone slogany. Wydaje mi się, że traktowały ją raczej jako miłą wakacyjną historyjkę, ot taką do poduszki. Krótko mówiąc, zawarta tu symbolika była zwyczajnie niezrozumiała i równie dobrze mogło jej nie być w ogóle. Dla potwierdzenia zapytałam o zdanie Mamę, która zaczytywała się w niej lata temu (stąd m.in. brak okładki oraz artystyczne zdobienia na ilustracjach :)) i okazało się, że również traktowała tę lekturę jako zwykłą książeczkę dla dzieci, a dopiero moje uwagi dotyczące treści ukazały ją w nieco innym świetle.


Przedsięwzięcie samo w sobie uważam co prawda za niegroźne, ale nie lubię polityki w żadnym wydaniu, a „Lipniacy“ są nią wprost przesyceni. Nie przeszkadza mi, że mowa akurat o komunizmie. Polityka denerwuje mnie w każdym wydaniu, czy to socjalistycznym, kapitalistycznym czy faszystowskim. Historia, która mogła po prostu zacząć się, rozwinąć i skończyć przekształciła się w dziwny rodzaj ideologicznej agitacji, która przyćmiła cały urok powieści.

Ponadto opowiadanie samo w sobie również mnie nie porwało. Mimo krótkiej formy i niezwykle prostego, idealnego dla dzieci języka, zabrakło w nim czegoś, co sprawiałoby, że będę ciekawa dalszego ciągu. Zamiast tego czytałam „Lipniaków“ praktycznie bez emocji, trochę jak ulotkę reklamującą nową pralkę wiodącego producenta. Szkoda, bo moim zdaniem książka miała potencjał.

Czy warto przeczytać tę minipowieść? Myślę, że tak, choćby po to, żeby przekonać się jak w ówczesnych czasach propagowano idee socjalizmu. To być może ciekawy eksperyment historyczny, ale z pewnością nie wybitne dzieło literackie.

Książkę oceniam na 3 z 5 gwiazdek.
***


Tytuł: „Lipniacy”
Autor: Helena Bobińska
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia 1961
Ilość stron: 121
Rok pierwszego wydania: 1948
Język oryginału: polski